"Kto bowiem przestaje pogłębiać swoją wiedzę i kształtować charakter, a więc pracować nad sobą, by rozwinąć jak najszerzej swoje horyzonty, przestaje żyć.” Thomas Bernhard „Wymazywanie. Rozpad”

czwartek, 31 marca 2016

[WYWIAD] z Wiolettą Leśków-Cyrulik + [WYNIKI]



Źródło: archiwum autorki

Pani Wioleta Leśków – Cyrulik odpowiedziała na wasze pytania, zatem zapraszam na wywiad.


Kilka słów od autorki:
Bardzo dziękuję wszystkim Paniom biorącym udział w konkursie, a także Pani Klaudii Skiedrzyńskiej za jego zorganizowanie i za propozycję mojego udziału w Jej blogowym cyklu. Wszystkie pytania były bardzo interesujące, dlatego postanowiłam nie pomijać żadnego. Z góry więc przepraszam za długość tego „wywiadu” i pragnę poinformować, że podjęłam egzemplarz autorski „Sezonu zamkniętych serc” trafi do Pani Anny Karowicz. Serdecznie gratuluję i życzę przyjemnej lektury!

Asia Szach

1

Witam, chciałabym się dowiedzieć, czym dla Pani jest dobra proza, co powinna zawierać i czy uważa Pani, że "Sezon zamkniętych serc" taki jest?

Dzień dobry. Wyrażenie „dobra proza” dla różnych czytelników może oznaczać coś innego. Ocena prozy zależy od gustu, od osobistych oczekiwań, nawet od określonego nastroju w danym dniu. Sądzę jednak, że istnieje kilka cech, bez których nie może się obejść proza, niezależnie od powyższych czynników: powinna ona pozbawiona infantylizmu, czyli poruszać istotne tematy, ale w dojrzały, choć niekoniecznie w przytłaczający czytelnika sposób, a ponadto i nade wszystko skupiać uwagę. Bez względu na to, czy jest to książka porywająca, niepozwalająca się oderwać od czytania, do połknięcia na raz, czy też taka, która pozostawia na to oderwanie, na powolną refleksję miejsce – jedna i druga jest dobra, jeśli chce się do niej wrócić. Dodatkowo dobra proza to według mnie taka, która została napisana z minimalną choćby świadomością warsztatu, cech gatunku, wiarygodnego konstruowania postaci – to kwestia szacunku dla czytelnika.

2

Jakie uczucia towarzyszyły Pani, gdy do drzwi domu zapukał kurier z pierwszymi egzemplarzami "Sezonu"?

Niesamowite i nie do nazwania, naprawdę. Radość, ekscytacja, ale i onieśmielenie, trema, a nawet obawa – bo oto zaczęło się i książka idzie w ręce Czytelników. Przestaje być tylko moja.

3

Jak Pani zdaniem rodzice powinni przekazać dzieciom miłość do książek, co zrobić, gdy rodzice nie czytają?

To pytanie trafia idealnie w moje zainteresowania. Od lat jestem wolontariuszką kampanii „Cała Polska czyta dzieciom” i mam na koncie wiele projektów związanych z promocją głośnego czytania dzieciom, zdążyłam także zebrać trochę doświadczeń z tym związanych.
Kiedy nie czytają rodzice i dzieci nie widzą ich z książką w dłoni, są poszkodowane już na starcie. Bo widok czytającego rodzica sprawia, że dla dziecka książka jest czymś naturalnym i wartościowym, do czego wcale nie trzeba go przekonywać. A jeśli jeszcze rodzice od urodzenia głośno czytają dzieciom, korzyści są nie do przecenienia. Wzmacniają się więzi, przez przeżywanie przygód bohaterów i czytanie o ich uczuciach buduje się zdolność empatii w prawdziwym życiu, rozwija się mózg, „samo” przyswaja się słownictwo, wartości etyczne i kompetencje językowe. Ale, jak wiadomo, ludzie są różni i nie wszystkim podobają się takie same książki. Dlatego kluczowe jest, aby nie zmuszać dzieci do słuchania, a potem do czytania książek, które my sami (rodzice, nauczyciele) uważamy za warte poznania, lecz dobrze jest pozwolić im wybierać lekturę oraz porzucać ją w trakcie, jeśli się nie podoba, i sięgać po inną, aż do skutku – coś się kiedyś spodoba na pewno! Nie wzbudzi się w nikim miłości do czytania poprzez stosowanie przymusu albo nawet (spotkałam coś takiego) wyśmiewania nie dość dobrych (w pojęciu dorosłych) wyborów czytelniczych u dzieci. Zamiast kochającego książki, mądrego człowieka wychowamy w ten sposób osobę o niskim poczuciu własnej wartości, która będzie uważała, że jest za głupia, by czytać, i w efekcie czytanie znienawidzi, a w najlepszym razie będzie jej ono obojętne. A człowiek, który nie czyta, niewiele wie, niewiele umie, nie potrafi się wypowiedzieć, a zatem nie będzie mógł dyskutować w obronie własnych racji, tylko raczej użyje do tego celu pięści. I tak dalej… Wracając do tematu wzbudzania miłości do czytania, jest to możliwe jedynie w sytuacji, gdy książka i czytanie będzie się dziecku kojarzyło wyłącznie z przyjemnością. Dobrze więc, gdy pozna ono tę przyjemność i nauczy się samodzielnie (bez przymusu, tylko z ciekawości) czytać, zanim jeszcze pójdzie do szkoły, ponieważ tam będzie już oceniane, a to zawsze rodzi stres i nie jest przyjemne. Trudno więc oczekiwać, że w takich warunkach zapała miłością do książek.
Jeśli jednak nie czytają rodzice, warto ich do czytania dzieciom przekonać, choćby nawet przy użyciu „podstępnych” argumentów, na przykład mówiących o tym, że dziecko będzie się wtedy szybciej i lepiej uczyło, niż gdy rodzice nie będą mu systematycznie czytali. Jeśli bowiem dorosły czytać nie lubi, będzie szukał wymówek, ale może argument w postaci wymiernych korzyści (lepsze oceny dziecka) skłoni go do tego „poświęcenia” – nie ze względu na przyjemność płynącą z czytania, a z powodu wyższych stopni. A dziecko skorzysta na każdym polu – bo i polubi książki, i rzeczywiście będzie sobie lepiej radzić w szkole. To ostatnie potwierdzają naukowe badania dostępne na stronach Fundacji ABC XXI „Cała Polska czyta dzieciom”.

Danuta Kisiel

4

Czy myślała Pani o pisaniu książek dla dzieci?

Tworzenie literatury dla dzieci to wielka odpowiedzialność. Trzeba dysponować naprawdę nieprzeciętnym talentem, wrażliwością, taktem i wyczuciem, ponieważ najmłodszy odbiorca to ktoś, kto dopiero wita się ze światem literatury, i pod żadnym pozorem nie wolno narażać go na ryzyko, że się do czytania zrazi albo że przyzwyczai się do niskiego poziomu. Nie oceniam swoich umiejętności na tyle wysoko, bym odważyła się napisać książkę dla dzieci.

5

Czy kiedykolwiek, myślała Pani o zmianie miejsca zamieszkania? (choć Jastrzębie-Zdrój to bardzo ładna śląska miejscowość).

Tak, myślałam. I wciąż myślę. Wyłącznie myślę. Raz „pakuję się” i wyjeżdżam do Nowego Jorku, innym razem do Paryża, a jeszcze innym do niewielkiego miasteczka na południu Włoch. Albo do Islandii. Ostatecznie w Bieszczady. Poza tym kusi mnie Berlin, Barcelona, Praga, miasteczko na Alasce… itd. Chciałabym w różnych miejscach przez jakiś czas pomieszkać – nie zamieszkać na stałe, ale właśnie pomieszkać, na tyle długo, by poczuć smak życia właśnie tam, ale i na tyle krótko, by wciąż móc powiedzieć, że moje miejsce jest tu, w Jastrzębiu, czyli – jak Pani napisała – w bardzo ładnej śląskiej miejscowości, gdzie się urodziłam i żyję do dziś. Z dwiema krótkimi przerwami.

6

Jak się Pani czuje po debiucie? Po wydaniu pierwszej książki? Czy są w Pani głowie trudne tematy na następną książkę?

Dziękuję. Świadomość, że moją książkę docenił duży Wydawca, to miłe uczucie. I podstawowe, dające wiarę we własne możliwości. Ale jest i trema związana z tym, jak książkę przyjmą Czytelnicy. Tematy na kolejną książkę oczywiście mam, gorzej ze znalezieniem czasu, by przelać je „na papier”, a właściwie to na monitor komputera.

Sylwka S.

7

Każdy z nas w życiu ma swoje miejsce i swój czas. Czym więc jest dla Pani "czas"? Ulotną chwilą, masą wspomnień, łzą, miłością czy może to zwykła wskazówka zegara?

Wszystkim po trochu. Słowa mają wiele znaczeń, a z wiekiem dostrzegamy ich wciąż więcej i więcej. W różnych momentach życia czas może więc oznaczać coś całkiem innego. Niekiedy ulotna chwila staje się tą, którą zapamiętuje się na całe życie.

8

Jakie jest Pani motto, którym kieruje się w życiu?

Jest jedna zasada. Nie ma ona postaci jakiejś zgrabnej sentencji, ale jej sens brzmi mniej więcej tak: najpierw zakładam dobre intencje drugiego człowieka, a dopiero potem weryfikuję to założenie na podstawie biegu wydarzeń. Dla niektórych to naiwność, ale trudno, skoro tak, mogę być naiwna.

9

Świat jest pełny różnych ludzi, tych dobrych, tych złych i tych pomiędzy czyli obojętnych. Jakich Pani zdaniem jest najwięcej? I jakich najwięcej spotkała Pani w swoim życiu?

Chcę wierzyć, że każdy człowiek w głębi serca jest dobry, ale nie zawsze potrafi to dobro w sobie ocalić, zwłaszcza w różnego rodzaju trudnych okolicznościach. I w tym sensie można powiedzieć, że na świecie najwięcej jest właśnie ludzi dobrych – tych, którzy są na tyle dzielni, że umieją całym swoim życiem o tej dobroci świadczyć, i tych, którym to słabo wychodzi. Tak to ujmę, ponieważ nie czuję się w prawie oceniać. A poza tym człowiek zawsze może stać się na powrót dobry, nawet jeśli przez większość życia postępował źle. Jeśli chodzi o mnie, to doświadczyłam więcej dobrego niż złego, a niektóre dobro pochodziło od ludzi w powszechnej opinii wcale nie uchodzących za dobrych. Doznałam też zła – od ludzi, po których wszyscy spodziewaliby się tylko dobra. Sądzę więc, że nikt nie jest do końca dobry ani zły, a niektórzy jedynie nie mają w sobie dość siły, by zerwać ze złem, zwłaszcza jeśli za złych uważają ich wszyscy wokół. Dlatego wolę jednoznacznie nie oceniać.

Mariaxdex

10

Skąd czerpie Pani pomysły na książki? Czy są to historie z życia wzięte, czy jest to czysta fikcja?

Pomysły na fabułę są oczywiście fikcyjne, fikcyjny jest bieg wydarzeń. Jednak emocje bohaterów, ich refleksje, sposób zachowania się w określonych sytuacjach pochodzą ze mnie, z moich doświadczeń życiowych, zawodowych, to obserwacje ludzkich reakcji, no i moja własna wyobraźnia, w jakimś stopniu zdolność empatii, wczucia się w emocje bohaterów postawionych w wymyślonych przeze mnie sytuacjach.

11

Z jakiego gatunku nie odważyłaby się Pani napisać książki i dlaczego?

Odwróciłabym pytanie – z jakiego gatunku odważyłabym się napisać książkę? Otóż odważyłam się napisać psychologiczno-obyczajową powieść o miłości, ale także o niezdolności do niej. Rzecz niesztampową, jak napisała Anna Grzyb i kilka innych recenzentek, ale może przez to interesującą i prawdziwszą od typowych, cukierkowych romansów. Mam skłonności do dzielenia włosa na czworo i dodawania (zawsze!) czegoś w stylu: „ale z drugiej strony…”, a to w pisaniu takich książek przeszkadza. Moi bohaterowie nie są ani czarni, ani biali, ani tym bardziej „różowi” i słodcy, są – i tu słowa kolejnego recenzenta – prawdziwi, na tyle, na ile może być prawdziwy bohater literacki. Po latach pracy z ludźmi, popartej wieloma sygnałami zwrotnymi o tym, że dobrze odczytałam czyjeś emocje, problemy, że potrafiłam pomóc w ich rozwiązaniu, po wielu doświadczeniach – porwałam się na książkę o ludzkich uczuciach, tych dobrych i tych złych, trudnych, a także o sposobach radzenia sobie z nimi. Chyba w żadnym innym typie powieści nie czułabym się na tyle pewnie, by odważyć się na jej napisanie. Ze szczególnym wskazaniem fantasy i powieści historycznej. W pierwszej nie gustuję, a druga wymaga naprawdę ogromnej wiedzy eksperckiej, której sobie nie przypisuję.

12

Tytuł książki to „Sezon zamkniętych serc”. Nie czytałam recenzji książki, więc czy on oznacza to, że dziś jesteśmy bardziej zamknięci na uczucia innych? Czy miała Pani coś innego na myśli?
Pozdrawiam.

Tytuł „Sezon zamkniętych serc” narodził się jeszcze przed powstaniem materialnej postaci książki, która już jednak była w całości wymyślona i przez dwa lata czekała na czas, kiedy zdołam usiąść i spisać całość wydarzeń. Jest nawiązaniem do wolnego tłumaczenia na polski ostrzeżenia, które można spotkać na Islandii przed wjazdem na interior, w porze zimowej nieprzejezdny: „droga dostępna sezonowo” albo „droga zamknięta”. Znałam już losy bohaterów i pomyślałam, że ten napis bardzo do nich pasuje, tylko słowo „droga” trzeba by zamienić na „serce”, wszak mowa o uczuciach i o Islandii – wtedy powstałoby zdanie: „Serca sezonowo dostępne”. Takie dosłowne tłumaczenie brzmi jednak niezręcznie, dlatego postawiłam na tytuł wyrażający w zasadzie to samo, choć innymi słowami – i tak powstał „Sezon zamkniętych serc”. Porównanie serc bohaterów do sezonowo zamkniętych islandzkich dróg napotka Pani kilkakrotnie w tekście, tak więc łatwo będzie znaleźć wyjaśnienie sensu tytułu. Podpowiem tylko, że serce człowieka zamyka się z powodu upokorzenia, którego on doświadcza, zaś jego otwarcie po takich doświadczeniach nie jest łatwe ani szybkie, niejednokrotnie musi trwać przez całe lata, aż znajdzie się drugie serce, gotowe ten ból zaakceptować i pokochać. Dopiero to może stać się kluczem do otwarcia. Nic nie dzieje się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Patrycja Waniek

13

Widzę, że lubi Pani nie tylko prozę, ale również poezję. W moim odczuciu tytuł również brzmi dość poetycko. Czy sama pisze Pani jakieś liryki? :)

To prawda, lubię lirykę, niekiedy ją pisuję, ale bardzo rzadko, nie jest tak, że siadam z postanowieniem napisania wiersza. Zapisuję go dopiero wtedy, gdy już narodzi się w mojej głowie. Ale to nie są teksty przeznaczone do publikacji. :)

14

Czy ma już Pani kolejne książki, które chciałaby opublikować? Jeśli tak, to czy są one różnorakie gatunkowo, czy na razie stawia Pani na

Mam dwie zaczęte powieści, nie mam czasu na ich dokończenie. Jedna z nich to dalsza część opowieści o bohaterach „Sezonu”, a druga – całkiem inna historia.

15

Czy jest w Pani życiu jakąś postać, na której się Pani wzoruje, którą wciąż motywuje Panią do działania? :)

Tak, jest. Nie będę oryginalna, gdy powiem, że to zmarły niedawno ksiądz Jan Kaczkowski, który mimo ciężkiej, nieuleczalnej choroby potrafił tak wiele z siebie dać innym cierpiącym. Nie chodzi o to, że chcę chorować i robić tak samo, choć rzeczywiście chciałabym to umieć, gdyby zdarzyło mi się tak chorować. Bardziej mam na myśli to, że każdy z nas ma innym wiele dobrego do zaoferowania, nawet jeśli wydaje nam się, że jest dokładnie odwrotnie i że to my potrzebujemy od innych pomocy. Owszem, potrzebujemy, nikt nie jest samowystarczalny, ale świadomość, że mamy coś, co sami możemy ofiarować, daje naprawdę wielką moc i potrafi ochronić przed załamaniem. O czymś takim przekonuje się w pewnym momencie bohaterka „Sezonu”, Agnieszka, która wychodzi poza własną perspektywę, zaczyna widzieć szerzej to, co wokół niej, i przestaje się aż tak bardzo koncentrować na własnym bólu. W tym momencie odbija się od dna.

martucha180

16

Czym dla Pani jest SŁOWO?

SŁOWO może być układem liter, gdy zapisane, lub głosek, jeśli wypowiadane. Może być puste lub mieć moc stawania się ciałem. A to stawanie się ciałem może oznaczać wskrzeszanie czy powoływanie do życia lub odwrotnie – zabijanie, w sensie dosłownym i w przenośni. Może być narzędziem manipulacji. Lekceważone, może być przez innych podstępnie wykorzystane. SŁOWO to wartość. SŁOWO to nie to samo, co pustosłowie, choć często jest z nim mylone.

17

Która książka sprzed wieków, poznana na zajęciach z historii książki, wywarła na Pani największe wrażenie i dlaczego właśnie ta?

Bibliotekoznawstwo i informację naukową studiowałam jedynie podyplomowo, więc zajęcia z historii książki odbywały się w bardzo ograniczonym zakresie, niemniej mogę powiedzieć, że książki, które robiły na mnie największe wrażenie, to po prostu książki najstarsze. Może to mało oryginalne, ale chodzi o sam kontakt z przedmiotem pochodzącym z tak odległych czasów. Oglądanie takiego dzieła, nawet na mikrofilmie (za moich czasów), daje swoisty dreszczyk emocji, po prostu. Chodzi chyba o tę namacalną łączność z człowiekiem ponad wiekami. Ale nie darzę jakimś szczególnym uczuciem żadnego z inkunabułów, bardziej emocjonująca była dla mnie możliwość wzięcia do ręki i przekartkowania druku z XIX lub początków XX wieku, zwłaszcza jeśli zawierały on odręczne zapiski na marginesach. A gdy w dodatku pochodziły z prywatnych zbiorów znanej osoby… Podczas studiów miałam zajęcia z prof. Bajerową, będącą już w bardzo podeszłym wieku córką znanego językoznawcy Zenona Klemensiewicza, która miała w gabinecie książki z biblioteki swojego ojca. Niby nic wielkiego, żadne białe kruki, ale wrażenie – bezcenne.

18

Pisanie książek wymaga lekkiego pióra. Jak z jego lekkością było w czasach szkolnych? Jak Pani wypracowania oceniali poloniści – co chwalili, a co krytykowali? Czy widzieli w Pani talent literacki czy wręcz przeciwnie?

Nie wiem, czy mam tak zwane lekkie pióro. Nawet nie do końca rozumiem, co ono oznacza – czy chodzi bardziej o łatwość pisania, czy może o przyjemność czytelnika i łatwość czytania. Znani pisarze mówią, że te dwie sprawy raczej się wykluczają. Dobrego efektu nie osiąga się łatwo, więc… Ale w czasach szkolnych moje wypracowania otrzymywały bardzo dobre oceny, niekiedy nawet (o zgrozo!) musiałam je przepisywać na tablicy, a z niej do zeszytów cała klasa, na wzór. Z jednej strony było to straszne (ten wstyd i spojrzenia kolegów!), ale z drugiej wszyscy mi zazdrościli. Nie tyle piątki, ile możliwości pisania na tablicy przez całą lekcję – wtedy to była wielka atrakcja, wszyscy rwali się do zapisywania tematu, bo każdy uwielbiał pisać kredą po tablicy. A tu taka gratka! No ale coś za coś. W sumie – mieszane uczucia. Co do talentu… Nie wiem, czy ten rodzaj docenienia to był wyraz widzenia we mnie talentu literackiego. Raz jeden, w piątej klasie, polonistka, a zarazem wychowawczyni, powiedziała coś takiego na zebraniu rodziców. Ci donieśli dzieciom i przez kilka dni nie miałam życia. Zatem nie uznano tego za komplement. Ale nie narzekałam, bo nie cierpiałam, gdy trzeba było napisać wypracowanie. Nawet udzielałam się „społecznie” w tym zakresie. Jeśli ktoś znalazł się w nagłej potrzebie, mógł na mnie liczyć.

Patrycja Fornal

19

Skąd bierze Pani pomysły na książki i kto wymyśla tytuły? Dla mnie tytuł „Sezon zamkniętych serc” jest wręcz genialny.

Dziękuję! Mnie też się podoba. Tytuły książek (bo te będące obecnie w trakcie pisania też już je mają) rodzą się pod wpływem impulsu, ale nie w oderwaniu od treści i idei w nich zawartych. Jeśli już przyjdą do głowy, to nagle, a wtedy zazwyczaj pasują idealnie. Gdyby nie pasowały, pewnie nie byłoby tego impulsu i trzeba by męczyć się z wymyśleniem czegoś odpowiedniego, nośnego. „Sezon zamkniętych serc” został przez Wydawcę zaakceptowany bez zastrzeżeń, choć nie zawsze tak bywa z książkami. Bardzo mnie to wtedy ucieszyło i do dziś czuję satysfakcję, że podoba się Czytelnikom, na przykład Pani.

20

Interesuje mnie pani praca.;) Pisarza w trakcie pracy wyobrażam sobie, że siedzi za biurkiem, na którym jest duuuża sterta papierów i maszyna do pisania oraz kilka kubków po kawie :D
Jak wygląda Pani otoczenie podczas tworzenia, co Pani lubi mieć, co Pani przeszkadza?

Sezon zamkniętych serc” wymyśliłam, leżąc w łóżku z grypą, w ciągu kilku dni. Nic mi nie przeszkadzało. ;) Następnie przez dwa lata nosiłam go w sobie, aż stwierdziłam, że jeśli go w końcu nie zapiszę, to wszystko zapomnę albo ta historia przestanie mnie obchodzić na tyle, bym chciała ją jakoś utrwalić. Wtedy sięgnęłam po stukartkowy blok listowy (a potem po trzy kolejne) i długopis, usiadłam na kanapie i zaczęłam pisać (zawsze w czasie, kiedy rodziny nie było w domu). Po dwóch latach skończyłam i odłożyłam rękopis do szafy. Trwało to tak długo, bo pisałam w chwilach kradzionych pomiędzy pracą, zajęciami domowymi, odpoczynkiem. Pewnie były jakieś filiżanki po kawie, ale raczej jedna niż kilka, bo nie lubię widoku pustych naczyń, czasem koc, a czasem nic, tylko kanapa, blok listowy i długopis. Ostateczna wersja powstała tuż przed wysłaniem do wydawnictw, już na komputerze. Pewnie także w towarzystwie filiżanki z kawą lub herbatą. Co mi przeszkadza? Kiedy ktoś lub coś rozproszy mnie w chwili, gdy zdanie jest tuż, tuż, ale jeszcze nie w pełni zwerbalizowane, gdy brakuje dosłownie ułamka sekundy, by się skrystalizowało i dało zapisać, a w tej właśnie chwili nastąpi coś, co zerwie tę delikatną nić łączącą uczucie, myśl i słowo.

21

Gdyby miała Pani możliwość znaleźć się w ciele jednego z bohaterów książki, to kto by to był i dlaczego akurat on?;)

Trudne pytanie, ponieważ nie zazdroszczę moim bohaterom ich przeżyć. Każdego z nich, także postaci męskie, obdzieliłam po trochu własnymi emocjami, zatem mogę powiedzieć, że w każdym z nich jest już cząstka mnie, ale czy chciałabym znaleźć się w ciele któregoś z nich? Chyba nie odważyłabym się na to.

Paulina Łakoma

22

Jak zareagowała rodzina i znajomi na wieść, że wydaje Pani książkę? Cieszyli się i wspierali czy wręcz przeciwnie (pluli jadem i dołowali)?

Rodzina i znajomi nie mieli o niczym pojęcia prawie do ostatniej chwili. Nie chwaliłam się, że rozsyłam książkę do wydawców, na Facebooku istniało tylko konto mojego bloga prowadzone pod pseudonimem, i przypisana do niego strona „Sezonu”, także pod pseudonimem. Z wyjątkiem męża wszyscy dowiedzieli się, gdy założyłam oficjalne konto na Facebooku. Wcześniej (ale niewiele) wiedzieli tylko znajomi wirtualni, czytelnicy mojego bloga, który przez dwa i pół roku prowadziłam anonimowo. Nie spotkałam się z żadną negatywną reakcją, było dokładnie odwrotnie. Myślę, że ci, którym było to nie w smak, po prostu milczeli. Niektórzy realni znajomi milczą do dziś. Ale może to lepiej, po co mówić niepotrzebne złe słowa… Dostałam wystarczająco dużo cudownego wsparcia.

23

Czy jest w stanie Pani opisać radość, którą przeżyła, dowiedziawszy się, że książka zostanie wydana?

Chyba nie jestem w stanie. Żadne słowa tego nie oddadzą. Rozsyłając książkę do wydawców, robiłam jednocześnie rozeznanie, jakie są szanse na publikację. No i różne źródła, wielu autorów chcących wydać własne książki, a także wielu wydawców, redaktorów mówiło, że do wydawnictw spływa po kilkadziesiąt, a nawet sto propozycji miesięcznie, z czego wydaje się jedną, dwie. Mając taką świadomość, człowiek nie ma nadziei na powodzenie i naprawdę się cieszy, kiedy się okazuje, że jego książka została z tego morza tekstów nadsyłanych wyłowiona i pozytywnie oceniona przez ekspertów. Chodziłam po domu i od czasu do czasu wydawałam z siebie… hm… odgłosy radości, na co mój mąż najpierw pytał: „Co się stało?”. Po czasie już nauczył się sam sobie odpowiadać: „Aha… no tak… jasne”. Tak było. A potem zaczął się stres związany z tremą.

Molek Molek

24

Co pozwala Pani na zatrzymanie się w codziennym pędzie?

Odpowiem krótko: silna wola i inspirowana doświadczeniami z przeszłości świadomość, że jeśli się nie zatrzymam, to upadnę i być może kolejny raz już nie wstanę. Słowem: wiele, zbyt wiele lat przeżytych w codziennym pędzie bez możliwości zatrzymania się.

25

Co w samym napisaniu książki sprawiło Pani największą trudność?

Jestem gadułą, co widać na blogu oraz w tych odpowiedziach. :) A w książce starałam się za wszelką cenę wystrzegać tak zwanego „przegadania”, słowotoku, dbałam o oszczędność słowa. Językowa egzaltacja, ozdobniki i tym podobne sprawy wydają mi się w tego typu powieści nie na miejscu. Czułam zażenowanie, ilekroć zdarzyło mi się wyjść poza granice prostoty języka, niejednokrotnie wykreślałam lub przepisywałam fragmenty brzmiące zbyt emocjonalnie, w sposób zbyt egzaltowany. We fragmentach, w których już konieczne było przedstawienie uczuć, decydowałam się na zastosowanie mowy pozornie zależnej, czyli takiego sposobu pisania, kiedy narrator przejmuje perspektywę bohatera, nie tyle opisuje jego emocje, ile pisze tak, jakby je w imieniu tego bohatera przeżywał, wyraża się w sposób dla niego charakterystyczny. To pozwala mi na pewien dystans, tak jest mi łatwiej, ponieważ przerzucam na postać odpowiedzialność za sposób opisu uczuć. Szczególnie trudny był opis rozmowy głównej bohaterki z jej koleżanką Hanią – moment, w którym dowiaduje się ona o przeszłości Agnieszki. Ta rozmowa odbywa się w sali przedszkolnej i zdecydowałam, że przedstawię zaledwie jej początek, a potem narrator odda głos obserwującym całą sytuację dzieciom, które niewiele rozumieją – po pierwsze dlatego, że nie znają języka, w jakim mówią bohaterki, a po drugie, nawet gdyby go rozumiały, i tak są za małe, by zrozumieć sytuację. Uznałam, że skoro czytelnik już wie, co zdarzyło się Agnieszce, skoro zdążył poznać wpływ tego zdarzenia na jej życie, to może spojrzeć na rozmowę kobiet z perspektywy przedszkolaków, którzy widzą tylko, że jedna pani płacze, mówi coś w niezrozumiałym języku, druga wytrzeszcza na nią oczy, głaszcze ją po ręce, obie wyglądają dziwnie, ale wszystko kończy się dobrze, to znaczy przyspieszoną przerwą na posiłek. Tak właśnie mogłyby opisać tę scenę kilkuletnie dzieci, bo przecież nie dorosły narrator, który wie o bohaterce wszystko i o jej uczuciach w chwili tej rozmowy mógłby powiedzieć o wiele więcej i o wiele bardziej kwieciście. Ale to nie mój styl. Sądzę, że w moim wykonaniu taki język brzmiałby tandetnie, jakbym chciała grać na tanich emocjach Czytelników, jakbym nie ufała w to, że potrafią właściwie odczytać i przeżyć treść wyrażoną inaczej. Prosty język i częsta zmiana perspektywy – nawet oddanie „głosu” przedszkolakom – wydają mi się zwyczajnie bardziej stosowne, zwłaszcza w powieści z rozbudowaną warstwą psychologiczną, przedstawiającej skomplikowane relacje i niełatwe emocje. Właśnie to, czyli sprawy warsztatowe, próby opisania uczuć w jak najprostszy sposób, stanowiło sporą trudność.

26

Często spotykam się z tym, że ludzie nie czytają książek, a czytających uważają za dziwadła. Jak początkowo Pani najbliższe otoczenie zareagowało na to, że chce Pani wydać swoją książkę?

Reakcją znajomych z Internetu była radość, potok gratulacji, życzenia powodzenia. Znajomi z reala reagowali w sumie tak samo, choć w pierwszej chwili było to jednak zmieszanie, ale na pewno nie niechęć.

Anonimowy/ Laura Mazur

27

O czym marzyła pani jako mała dziewczynka i czy się pani spełniło?

Dokładnie nie pamiętam. Pewnie powinnam powiedzieć, że o napisaniu książki. :) Ale tak naprawdę to chyba o byciu piosenkarką, a jeszcze wcześniej oczywiście księżniczką. Nie spełniło się. Jednak nie żałuję, bo mam świetne życie. :)

28

Jakie ma panie pasje oprócz pisania i co jest dla pani ważniejsze?

Chyba to zabrzmi okropnie, ale powiem – bardzo lubię uczyć polskiego, uwielbiam być wychowawczynią klasy, prowadzić teatr – to z pewnością moja pasja i szczęśliwie mam możliwość łączyć ją z pracą zawodową. Jednak właśnie ta praca, oprócz bycia z dziećmi, z młodzieżą i z rodzicami, wymaga także aktywności… hm… biurokratycznej, i to niemałej, dlatego wypala, często dołuje, nawet podważa sens trwania w zawodzie, gdyż pożera lwią część czasu, który powinien być przeznaczony dla podopiecznych. Mimo wszystko bycie z nimi to chyba moja największa pasja, zresztą widać to na moim blogu, gdzie wpisy dotyczące wychowania i w ogóle relacji międzyludzkich należą do tych najbardziej rozbudowanych.

29

Czy popełniła pani jakąś gafę, z której się pani śmieje lub wstydzi się jej do dziś?

O tak! Popełniłam całe mnóstwo gaf. Takie mnóstwo, że trudno mi sobie przypomnieć jakąś konkretną, w dodatku śmieszną. Ale zaraz… była jedna, tak spektakularna w skutkach, że nie tyle śmieję się z niej do dziś, ile jestem dumna.
Otóż jako miejska koordynatorka kampanii „Cała Polska czyta dzieciom” któregoś roku postanowiłam włączyć się w akcję Fundacji ABC XXI polegającą na wystosowaniu apelu (w domyśle: skutecznego apelu) do władz samorządowych o dofinansowanie szkolnych bibliotek. To było ponad dziesięć lat temu i wtedy sytuacja była naprawdę niewesoła pod tym względem. A zatem uaktywniłam moich miejskich liderów kampanii w kilkunastu szkołach, ci zebrali wśród uczniów podpisy pod petycją do prezydenta miasta (ładnych kilka tysięcy podpisów – gwoli ścisłości), wzięłam troje najbardziej „wygadanych” i umiejących się znaleźć uczniów z mojej szkoły, drugą nauczycielkę i poszliśmy do Urzędu Miasta. Ot tak. Bez zapowiedzi, bez umawiania się, bez prośby o spotkanie. Słyszał to kto?! Któryś z rodziców bez mojej wiedzy powiadomił lokalną telewizję i portal internetowy. Prezydent uczestniczył akurat w posiedzeniu Rady Miasta, więc czekaliśmy na niego dobrą godzinę na korytarzu przed gabinetem. Lekko przestraszona pani sekretarka powiadomiła Wydział Edukacji, czyli jednostkę, którą powinnam była powiadomić ja, i się zaczęło. Natychmiast z wysokiego piętra przybył inspektor tegoż wydziału i dalejże nas namawiać do pozostawienia tej petycji jemu, a już on ją w stosownym czasie przekaże prezydentowi. Ja, kompletnie nieświadoma powagi sytuacji i tego, że właśnie popełniam gafę wszech czasów, pomijając tak zwaną drogę służbową i przychodząc bezpośrednio do prezydenta z żądaniem pieniędzy, w dodatku z dziećmi i w towarzystwie mediów, co zakrawa na szantaż emocjonalny, publiczny, obstaję przy swoim. Korowody trwają kolejną godzinę, moje dzieci także nie ustępują, pan inspektor nie ma śmiałości za bardzo naciskać (kamera!), ale sytuacja robi się coraz bardziej napięta. I wtedy zjawia się prezydent. Cudowny, ciepły człowiek. Przerwa w obradach Rady Miasta, na których – to zbieg okoliczności, przysięgam! – akurat ustala się budżet na kolejny rok kalendarzowy. Dziennikarze, mikrofon, te sprawy… I dzieci recytujące prośbę o dofinansowanie szkolnych bibliotek, z których bardzo chcą korzystać, tylko trochę nie mają jak, bowiem większość książek już przeczytały, a nowości w nich jak na lekarstwo. Skutek? Proszę bardzo! Sto cztery tysiące z groszami przegłosowane (kto z radnych śmiałby się sprzeciwić takiej prośbie?!) i zapisane w budżecie jeszcze tego samego dnia na ten szczytny cel. Z poleceniem rozdystrybuowania przez Wydział Edukacji pomiędzy biblioteki w szkołach wszystkich szczebli w całym mieście. Taka gafa. Podwójna. Co najmniej. Powód do wstydu czy dumy? Wszystko jedno. Znakomite relacje z władzami miasta w sprawach kampanii czytania dzieciom to jeden z największych powodów mojej zawodowej satysfakcji.

Melisa Anonim

30

Bardzo mnie ucieszyło, że łączy nas miłość do U2 :) Jaki jest Pani ulubiony utwór tego zespołu? I czy była Pani kiedyś na Ich koncercie? Ja byłam w Chorzowie, w 2009 r, stanowiłam jeden z czerwonych elementów naszej flagi i był to jeden z niewielu naprawdę szczęśliwych dni w moim życiu…

Darzę U2 miłością od lat osiemdziesiątych, a konkretnie od płyty „The Joshua Tree”, od czasów, gdy ich koncertowa płyta „Rattle and Hum” była odtwarzana przez radiową Trójkę. Przez długie lata moim ulubionym utworem był „Pride (In The Name of Love)”, z innego albumu. I w sumie nadal jest, choć niedawno doszedł do niego inny, poświęcony Nelsonowi Mandeli „Ordinary Love”. Mieszane uczucia budzą we mnie trzy albumy wydane w latach dziewięćdziesiątych, tzw. Trylogia, czyli „Achtung Baby”, „Zooropa” i „Pop”. Niestety, kiedy U2 występował w Chorzowie, miałam zbyt małe dzieci, by móc sobie pozwolić na dwudniowy wyjazd bez nich, czego bardzo żałuję. Ale myślę, że jeszcze kiedyś uda mi się zobaczyć zespół na żywo.

Grażyna Wróbel

31

W Jastrzębiu-Zdroju mieszka moja ciocia z wujkiem, zdawałam tam również egzamin na prawo jazdy, lecz nigdy nie postrzegałam tego miasta za zbyt ciekawego. Jaki jest Pani stosunek do rodzinnej miejscowości? Czy gdyby miałaby Pani taką możliwość, to wyprowadziłaby się Pani z niego?

He, he, Jastrzębie nie jest może zbyt ciekawe pod względem kulturalnym, ale za to na pewno świetnie się w nim zdaje egzamin na prawo jazdy, prawda? Szerokie jezdnie i praktycznie brak ulic jednokierunkowych. Trudno mi powiedzieć, czy zdołałabym podjąć decyzję o wyprowadzce na stałe. Na trochę tak, ciekawie jest sprawdzić, jak gdzie indziej wygląda życie mieszkańców, i to nie z turystycznej perspektywy. Ale czy na stałe? Już raz wyprowadziłam się z mojego miasta – na pięć lat, wkrótce po studiach. Pamiętam jedno: za każdym razem, gdy je odwiedzałam, jawiło mi się jako raj na ziemi. Pewnie dlatego wróciłam.

32

Napisanie książki to wcale nie jest prosta rzecz. Zawsze się zastanawiam, jak pisarze to robią: piszą, piszą i piszą... czy nie gubią się w tym, co piszą? Czy mają rozpisany jakiś plan, według którego powstaje powieść? Czy to wszystko płynie po prostu z głowy? Jak to wygląda w Pani przypadku?

Jak już wyżej wspomniałam, „Sezon” jest historią wymyśloną w kilka dni podczas choroby, co nie znaczy, że jego spisanie było proste i nie wymagało wysiłku twórczego. Co innego ramy historii, nawet niektóre dialogi, ogólne założenia, a co innego rozbicie tego wszystkiego na sceny, stworzenie bohaterom przeszłości i w ogóle tła dla całej opowieści, a potem powiązanie tego w spójną i logiczną sieć. Siadałam na kanapie z blokiem listowym i długopisem, po czym zanurzałam się w świecie wymyślonym już wcześniej i starałam się razem z bohaterami przeżyć wszystko jeszcze raz, dogłębnie, dokładnie, w szczegółach. A potem zapisać.

33

Okładka książki jest tak piękna, że bez wahania sięgnęłabym po nią, nawet nie czytając opisu ;) Kto był jej pomysłodawcą? Czy Pani również jest z niej zadowolona?

Bardzo, bardzo doceniam talent graficzny autorki okładki, jej wyczucie czytelniczych gustów, a także to, że potrafiła wydobyć na powierzchnię szczegóły obecne w książce, o których Czytelnik dowie się dopiero, gdy się w nią zagłębi. Przedsmak poczuje już podczas oglądania okładki, jej ostatniej strony, a także skrzydełek. Uważny odbiorca dostrzeże, że nie jest ona taka różowa, na jaką wygląda, że ten róż to w istocie poświata zorzy polarnej, z której słynie miasteczko będące miejscem akcji. Że nad przedstawionym na skrzydełku budynkiem nie bez powodu kłębią się czarne chmury. Że drugie skrzydełko przedstawia jedną ze scen obecnych w książce, i jest to scena znacząca. Jak mogłabym nie być zadowolona z tak dopracowanej okładki? Cieszę się, że również Czytelnikom się podoba.

Kto czyta nie pyta/ Anna Karowicz

34

Czy zamknięte serca uważa Pani (podobnie jak ja) za chorobę cywilizacyjną? W czasach egoizmu i pośpiechu nie mogę uważać inaczej.

Rzeczywiście, można powiedzieć, że zamknięte serca to choroba cywilizacyjna. Właśnie choroba, czyli stan nie zawsze do końca zawiniony przez chorującego, choć czasem tak, gdy w porę nie zauważy się symptomów albo je zlekceważy. Niekiedy jest on wywołany przez szereg czynników, na które nie ma się wpływu, a którym się podlega. Ale choroby się leczy. Trzeba to robić, bo inaczej zabijają. Często egoizm wynika właśnie z pośpiechu, a pośpiech jest wymuszony przez warunki, w jakich się żyje, wiem coś o tym. Aby go uniknąć, nie wystarczy tak po prostu się zatrzymać, bo można wypaść z toru i także zginąć, na przykład stracić pracę i źródło utrzymania rodziny. To głębszy i złożony problem, ale warto drążyć, by go rozwiązać. Leczyć stopniowo, szukać przyczyn i dróg wyjścia z impasu.

35

Co najbardziej ceni Pani w książkach? Akcję, bohaterów, słownictwo czy zaskakujące zakończenie?

Akcja, złożona konstrukcja bohaterów, piękny i adekwatny do problematyki język, ciekawe zakończenie – to ważne i niezbędne elementy dobrej książki. Ale najważniejszy wydaje mi się poziom refleksji. Nawet nie temat, nie zdarzenia, tylko właśnie dojrzałość autora, który musi mieć coś sensownego do powiedzenia, coś, czego nie wiem, i niekoniecznie muszą to być erudycyjne spostrzeżenia czy zaskakujące zakończenie; ono jest tylko miłym dodatkiem, ale nie w każdym gatunku ma sens. Chcę mieć poczucie, że wspólnie z autorem pochylam się nad jakimś problemem i mamy szansę na dojrzałą refleksję. Infantylizm w książkach dla dorosłych ludzi razi, w książkach dla dzieci także. I w książkach dla młodzieży. Dobrze, gdy pisarz ma jakieś doświadczenie, bo ono buduje postawę pokory wobec ludzkich losów, decyzji, wobec życia po prostu – to z kolei pozwala uniknąć ferowania i propagowania w utworach jednoznacznych sądów, rozwiązań, dawania recept na szczęśliwe życie. Czasem bywa tak, że utwór porusza błahe tematy, ale w sposób tak dojrzały, że czytelnik wyniesie z niego więcej niż po lekturze infantylnej książki podejmującej tematy poważne w sposób im urągający. Bardzo cenię także warsztat pisarski i świadome operowanie środkami wyrazu, ale to tak z zawodowego punktu widzenia; jestem polonistką.

Edyta Chmura

36

Jak wynika z recenzji, dobrze że chwyciła Pani za długopis/pióro/klawiaturę, bo ma Pani talent wciągania czytelnika w świat wykreowanych bohaterów już od pierwszej strony. Czy korzystała Pani z jakichś poradników lub kursów, aby nauczyć się sztuki pisania?

Dziękuję. Owszem, przeglądałam różne porady w Internecie, ale już po napisaniu „Sezonu”. W trakcie pisania nie miałam jeszcze zamiaru publikowania go. I podczas tego przeglądania na szczęście okazało się, że udało mi się w miarę sensownie stworzyć fabułę, a przy tym uniknąć stosowania obecnej w takich poradach matrycy. Chociaż zależało mi na tym, by pod względem konstrukcji i warsztatu „Sezon zamkniętych serc” jak najbardziej przypominał „prawdziwe” książki, czyli te już wydane i cieszące się powodzeniem czytelników.

37

Do jakiego kraju chciałaby Pani pojechać na "wycieczkę marzeń"?

Myślę, że do Włoch. Mimo wszystko. Wiem, powinnam odpowiedzieć, że do Islandii, ale tam chętnie bym przez jakiś czas, może kilka lat, pomieszkała, na pewien czas zadomowiła się, to trochę co innego niż wycieczka, nawet wycieczka marzeń. Inaczej patrzy się na miejsce, w którym się mieszka, a inaczej na to, które się zwiedza, w którym jest się przejazdem. Dlatego jako turystka najbardziej jestem ciekawa Włoch. Znów mało oryginalny wybór. :)

38

Niewątpliwie wielkim atutem w kreacji postaci literackich jest ich realność - kogoś nam przypominają, mają wady i zalety, wewnętrzne wątpliwości, popełniają błędy, czyli po prostu, są tacy jak my. Z bohaterką jakiej książki Pani najmocniej się utożsamia, bo macie podobny charakter, czuje Pani, że tak samo myślicie, podejmujecie takie same decyzje itp.?

Jak już wcześniej napisałam w odpowiedzi, każdy z moich bohaterów ma w sobie cząstkę mnie. Postaci mają moje myśli, ich zachowania odzwierciedlają moje wyobrażenie o tym, jak sama mogłabym się zachować w określonych sytuacjach. Ale tak do końca żadna z osób występujących w „Sezonie” nie jest mną. Gdybym jednak miała koniecznie kogoś wskazać, powiedziałabym, że w sytuacji Agnieszki reagowałabym podobnie do niej, to samo mogę powiedzieć o Hani, te bohaterki to ja podzielona przez dwa. Ale oprócz tego sporo ze mnie jest w Małgorzacie, a także w Janku i Darku. Taka bym była, gdybym znalazła się w ich skórze. Podejrzewam, że każdy z piszących książki obdarza bohaterów własnymi emocjami, nawet jeśli każe im przeżywać przygody zupełnie niezwiązane z własnym życiem i pozornie daje cechy wzorowane na innych. Nie da się do końca zgłębić innego człowieka, a potem stworzyć na jego wzór bohatera literackiego. On zawsze jest z nas. Tak mi się przynajmniej wydaje.


Wszystkim uczestnikom konkursu serdecznie dziękuję za udział oraz zadane pytania. W imieniu swoim oraz czytelników bloga dziękuję autorce za poświęcony czas i za udzielenie bardzo interesujących odpowiedzi. Nagroda w postaci Sezon zamkniętych serc wędruje do Anny Karowicz. Serdecznie gratuluję. Czekam na adres do wysyłki nagrody. Wszystkich zapraszam na kolejną odsłonę cyklu.
Pozdrawiam,
NH



9 komentarzy:

  1. Obszerne odpowiedzi, to i piękny wywiad nam wyszedł. Pani Wioletta chyba trafnie ujęła to, co i mnie kręci w starych książkach - kontakt z przeszłością.
    PS Jutro koniecznie do mnie, to nie żart :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo ciekawy wywiad! :)

    Buziaczki! ♥
    Zapraszam do nas :)
    rodzinne-czytanie.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Super wywiad, gratuluję zwycięzcy :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Dziękuję serdecznie - zarówno za wnikliwe odpowiedzi (nie tylko na moje pytania), jak i za nagrodzenie mnie! :) Zgadzam się w stu procentach z tą chorobą cywilizacyjną... Taką mamy smutną rzeczywistość.

    Przyznam szczerze, że z przyjemnością czytałam ów wywiad, więc prawdopodobnie książka również przyniesie mi wiele radości podczas lektury.

    OdpowiedzUsuń
  5. Po prostu dostałam wymarzone pytania. Dziękuję raz jeszcze! :)
    Wiola

    OdpowiedzUsuń
  6. Jeszcze nie widziałam tak obszernych odpowiedzi! Świetny wywiad! Brawa dla wszystkich ;)

    Pozdrawiam i zapraszam do siebie ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Wow! Ale obszerny wywiad - gratuluję! Mieszkamy z autorką w tej samej miejscowości - muszę wreszcie zapolować na tę książkę i przeczytać :).
    Pozdrawiam ciepło!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pani Agnieszko, 15 kwietnia podpisuję w Autorskiej, prawdopodobnie od godz. 18.00. Zapraszam! Do zobaczenia! :)

      Usuń