Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

niedziela, 27 sierpnia 2017

[PRZECZYTAJ FRAGMENT] „Postaw na miłość” Karoliny Kubilus



25 lipca nakładem Wydawnictwa Replika, ukazała się najnowsza powieść Karoliny Kubilus „Postaw na miłość”. Zapraszam do zapoznania się z [recenzją]. Tymczasem, mam dla Was fragment książki, który, mam nadzieję, zachęci Was do lektury.




Fragment powieści:
1
Dociekanie przyczyn jest jak rozdrapywanie ran. Taki swego rodzaju masochizm. Wywlekanie brudów mierzi i wcale nie przynosi ulgi, choćby chwilowej, nic nie jest takie samo i nie będzie. Dominika wie to bardzo dobrze, zawsze miała skłonność do pesymizmu i zamartwiania się o wszystko. A najbardziej chyba o to, że nie będzie umiała stworzyć szczęśliwego związku, że powieli schemat, w który została wpisana, bo tak chciał los, bo takie jest życie. Może i nie umiała żyć bez zmartwień. Potrzebowała ich do codziennej egzystencji. Bardziej niż jedzenia i picia. Jednak teraz naprawdę ma się czym martwić. Nawet nie chce otworzyć oczu, spuchnięte i zaciśnięte mocno powieki chronią przed światłem. To namiastka azylu, ucieczki przed rzeczywistością, powrót do dzieciństwa, kiedy wystarczyło zamknąć oczy, żeby nie być. Śmieszne przeświadczenie, że świat poza nimi nie istnieje, znika, że można mu nadać swój własny wymiar, przynajmniej dopóki się nie uniesie powiek. Powraca zapamiętana chwila z dzieciństwa, zabawa w chowanego, gdy usiadła pod stołem i przymknęła oczy. Pamięta moment, gdy nagle frunęła niemal pod sufitem, tato podrzucił ją wysoko i śmiał się, że udało mu się ją znaleźć. Jeden jedyny raz tak ją podrzucił i tak wesoło się śmiał, potem ją wyściskał i połaskotał wąsem. Zachłysnęła się radością, a serce trzepotało mocno wcale nie ze strachu, jak później. Zapamiętała ten śmiech, wspomnień nie da się usunąć jak fotografii. Zdjęcia można spalić, wyrzucić, ale pamięci nie da się oszukać. Zdjęcia… Zawsze lubiła zdjęcia, a teraz… Wzdrygnęła się, nie, nie chce o tym myśleć, nie chce wracać do wczorajszych, nie, to już przecież przedwczorajsze wydarzenia. Dzień podobny do dnia, najchętniej nie wstawałaby w ogóle z łóżka, ale przecież musi, choćby dla Emilki. Porzuca wspomnienia, które uparcie wdzierają się w rzeczywistość. Dzielą się na złe, dobre i neutralne. Nie potrzebuje wspomnień. Żadnych. Teraz rozumie, dlaczego mama podarła tamte odbitki. Albo spaliła. A może schowała. Dominika nigdy nie mogła ich znaleźć, pomimo wielkich chęci. Nawet miała pretensje do mamy, że pozbawiła ją tego wycinka przeszłości, ale mama uważała, że postąpiła słusznie, że tato nie zasługiwał na pamięć.
– Kiedyś to zrozumiesz – ucinała, gdy Dominka bezskutecznie próbowała skierować rozmowę na temat taty. – Jesteś za mała, żeby to pojąć. To są sprawy dorosłych.
Nawet gdy była starsza, wciąż była za mała. Późniejsze wspomnienia też nie wszystkie były dobre.
– Leżysz tak od wczoraj? – Zdumienie Bogny graniczy z dezaprobatą. – A jednak dobrze, że przyszłyśmy, tak przypuszczałam. Wyglądasz jak śmierć, zrób coś z sobą. Marek w końcu przyjedzie, lepiej, żeby cię w takim stanie nie oglądał – komenderuje, Marta stoi obok w milczeniu. – Sama mówiłaś, że nie wiadomo, kiedy wróci.
Dominika nawet nie słyszała, kiedy weszły, nie wie, czy stoją tak długo czy krótko, czego od niej chcą. Jedyne, czego ona chce, to żeby sobie poszły i zostawiły ją samą, przecież oznajmiła im wczoraj, że nie ma ochoty nikogo oglądać, z nikim rozmawiać. Nie spodziewała się, że wpadną do niej podczas joggingu, a właściwie po nią, choć tyle razy im powtarzała, że nie ma ochoty biegać. Ubzdurały sobie, że powinna się poruszać, ona chyba sama wie najlepiej, co powinna, a czego nie. Marta biegała regularnie, zazwyczaj jednak rano, Bogna sporadycznie, Dominika nie rozumiała, dlaczego uczepiły się jej, skoro nie lubi biegać.
– Jadłaś w ogóle coś? – pyta Bogna, ale Dominika nie zamierza odpowiadać, głupie pytanie, jakby jedzenie było najważniejsze, jakby nie było oczywiste, że Dominika nie może nic przełknąć. Patrzy z wyrzutem, że przyjaciółka nic nie rozumie, lepiej, żeby się w ogóle nie odzywała. Bogna może i chce dobrze, ale Dominikę to drażni, takie współczucie kogoś, kto sam przez coś podobnego nie przechodził. Dominice jest wszystko jedno jak wygląda, ładnie czy brzydko, Markowi i tak, pewnie to obojętne, wcale nie myśli o jego powrocie, bo nawet jeśli wróci, nie będzie już tak samo.
– Przestań się zamartwiać na zapas – radzi Bogna, jakby czytała w jej myślach, a Marta tylko kiwa głową na znak, że zgadza się z nią, milczy, żeby za dużo nie mówić. Dominika jest jej wdzięczna za milczenie, chociaż Marta odbiera to zupełnie inaczej.
– Przecież w gruncie rzeczy nic jeszcze nie wiesz – próbuje ją w końcu pocieszyć, ale robi to tak beznamiętnie i nieudolnie, jakby miała świadomość, że Dominika nie skorzysta z jej rad.
Dominika przez moment żałuje, że im powiedziała, może powinna skłamać, że jest chora, źle się czuje, i wcale nie byłoby to takie wielkie kłamstwo, bo jak można się czuć, gdy się odkryło, że ktoś najbliższy zawiódł, okazał się zdrajcą. A więc pewnie powieli ten schemat, słusznie się martwiła, coś w tym jednak jest, nieważne – geny, wychowanie czy przeznaczenie. O tacie nigdy nie myślała jako o zdrajcy, pielęgnowała w sobie dobre wspomnienia, mimo braku zdjęć, ale nauczyła się obywać bez nich. Odtwarzała w pamięci tamte chwile, kiedy byli jeszcze we trójkę, mama, tata i ona, Dominika, potem też byli we trójkę, ale zamiast taty była babcia Dobrochna. To nie to samo, ale mama uważała, że to samo, że wystarczy, by liczba się zgadzała, była to dla niej gwarancja szczęśliwego dzieciństwa. Tak zresztą często powtarzała babci, gdy myślała, że córka nie słyszy:
– Zrobię wszystko, żeby Nisia miała szczęśliwe dzieciństwo.
Ale ono nie mogło być szczęśliwe bez taty, mama o tym nie wiedziała. Nie mogło być szczęśliwe po tamtych kłótniach, których była mimowolnym świadkiem. Za mała, żeby to zrozumieć, za duża, żeby zapomnieć. Babcia, choć kochana, nie była tatą i nigdy nie mogła go zastąpić.
– A nawet gdyby zdradził, to co? – Głos Bogny brzmi jak z innego wymiaru. – Będziesz musiała z tym żyć, co się stało, to się nie odstanie. Nie jesteś pierwsza ani ostatnia.
Dominika znowu zaciska powieki, to przynosi chwilową ulgę, a przynajmniej nadzieję, pocieszenie. Jak za każdym razem, gdy usłyszała coś, czego nie powinna, i zamykała oczy, modląc się, żeby świat zniknął albo żeby ona zniknęła. Najgorsze były te podniesione głosy, zachowane w najgłębszych zakamarkach pamięci, właściwie podniesiony był jeden, mamy, ten drugi tylko czasem. Głosy wwiercały się w jej świat mimo zaciśniętych powiek i uszu zatkanych rękoma, niezależnie od tego, czy była w łóżku, czy przed telewizorem. Kiedyś zamknęła się w szafie.
– Co tu robisz? – usłyszała wtedy przerażona, ale zanim zdążyła zebrać myśli i odpowiedzieć, okazało się, że nikogo to tak naprawdę nie interesuje, jakby natychmiast o niej zapomnieli, dużo później zrozumiała, że pytanie było rzucone grzecznościowo. Nie chciała być świadkiem tamtej rozmowy, z której nie rozumiała nic a nic, z której zapamiętała tylko jedno przerażające słowo „odchodzę”, od-cho-dzę – łomotało jej w głowie, a może w sercu, sama już nie wiedziała, czuła jedynie potworny ból. To było najsmutniejsze wspomnienie z dzieciństwa. Najgorsze słowo świata zmieniło na zawsze jej życie. To słowo wypowiedziały usta taty. Nikt nie czekał na jej odpowiedź, która nie padła.
– Nie ma mnie – chciała odpowiedzieć. – Nie widzicie?!
Głos uwiązł jej w gardle, pamięta to uczucie, zaciskała oczy aż do bólu, ale najgorszy był tamten drugi ból, tamto trzepotanie serca, które chciało rozerwać jej piersi i nie było już wcale miłe. Jak to „odchodzę”? Nie rozumiała, ale przeczuwała coś najgorszego, nie chciała, żeby ktoś odchodził, nie chciała, by rodzice kłócili się tymi podniesionymi głosami. A gdy już trochę się uspokoiła i postanowiła otworzyć oczy, odrobinkę, przez szparkę ujrzała, że nikogo obok nie ma, na ścianie tyka zegar, którego wskazówki zawsze ją fascynowały. Ucieszyła się nawet, odetchnęła z ulgą, bo to oznaczało, że wszystko sobie wymyśliła, że wszystko jest jak dawniej, mama krząta się po kuchni, a tato ogląda telewizję i nie wolno mu przeszkadzać, bo odpoczywa po pracy. Nasłuchiwała tych odgłosów krzątania, wymieszanych z dźwiękami płynącymi z telewizora i zza ściany, nawet je słyszała, dopiero po chwili uzmysłowiła sobie, że tylko chciała je usłyszeć, że są wyłącznie w jej myślach albo w wyobraźni.
W tej chwili czuje równie bolesną pustkę, nie ma takich słów, które mogłyby ją zapełnić, choć mama i babcia bardzo się starały, tak jak teraz Bogna i Marta. Może i jej przyjaciółki mają najlepsze intencje, ale Dominika nie potrzebuje nikogo, chce zostać sama ze swoimi myślami. Wie, że dopóki nie wstanie, Bogna i Marta sobie nie pójdą, więc woli już udać, że nie jest tak źle jak myślą, jak wygląda, wie, że wygląda okropnie z podpuchniętymi oczami, w nieświeżej koszulce, w której chodziła wczoraj i spała w nocy, o ile te męki w ogóle można nazwać snem. Jeśli przysnęła, to tylko na chwilę, więc na pewno ma wory pod oczami i szarą zmęczoną twarz. Wygląd nie ma dla niej znaczenia, podobnie jak wszystko wokół. Bała się tylko, co powiedzieć rano Emilce, jak wytłumaczyć swój stan, nie chciała jej wtajemniczać, jest za mała, żeby zrozumieć i za duża, żeby się nie zorientować, zupełnie jak ona kiedyś, choć ona była dużo młodsza. Ale nie chciała jej martwić, to nieważne, czy ma lat pięć czy piętnaście, poza tym rzeczywiście nie wie nic na pewno. Na szczęście Emilka sama ją wybawiła z kłopotu:
– Znowu siedziałaś do rana? – zapytała, wzdychając. – Zamęczą cię, a sama mi mówiłaś, żebym nie siedziała po nocach.
– Wyjątkowo mi wczoraj nie szło – usprawiedliwia się, starając nie mówić za dużo, by Emilka nie usłyszała drżenia głosu, drżenia, które mogło ją zdradzić, bo nie oznaczało zmęczenia, tylko zdenerwowanie. Zawsze drżał jej głos, gdy była zdenerwowana, najpierw głos, a potem ręce. Emilka na szczęście niczego nie zauważyła i pobiegła do szkoły, do swoich spraw i swoich przyjaciół. Wyglądała na szczęśliwą, co będzie, gdy dowie się prawdy, o ile podejrzenie okaże się prawdą, najgorszą z możliwych prawdą. Dlatego dopóki jest cień nadziei, że się myli, że jest przewrażliwiona, że to tylko zbieg okoliczności, nie może jej martwić, siebie może, zresztą nie umie inaczej, musi być czujna. Może Bogna i Marta mają rację, nic jeszcze nie wie, chce, żeby tak było, całą sobą chce, ale jednocześnie podświadomie czuje, że nic z tego, przeczucie jej to mówi.
Powinna zaproponować im kawę albo herbatę, wtedy już bez wątpienia pomyślałyby, że wraca do żywych, że nic jej nie jest, że wzięła się w garść, bo przecież na pewno chciały tylko uspokoić swoje sumienie, nie mogą jej pomóc, nie potrafią, nie potrzebuje współczucia, bo współczuć może tylko ten, kto przeżył to samo, nawet Bogna, która się rozwiodła, nie przeżywała zdrady, to była zupełnie inna sytuacja. Próbuje zwlec się z łóżka, zaraz zrobi im tę nieszczęsną herbatę albo kawę, może nawet sama wypije, zaraz dojdzie do siebie.
– Nie odezwałaś się jeszcze dziś ani razu. Zaczynam się naprawdę niepokoić – mówi Bogna, podając jej kubek z gorącą kawą, to kubek Marka, ale Bogna nie może tego wiedzieć. Drugi podaje Marcie, po trzeci musi wrócić do kuchni. Kubek Marka dotykały jego usta. A co jeśli te same usta dotykały… Odpędza natychmiast tę straszną myśl. Dopiero teraz wyczuwa aromatyczny zapach, który przyjemnie drażni nozdrza, tak, właśnie kawy było jej trzeba, upija spory łyk, niemal parząc sobie wargi, i odstawia kubek, nie jest w stanie go utrzymać, boi się, że wypadnie jej z rąk, które drżą, mimo że siłą woli próbuje to drżenie opanować. Lepiej, żeby dziewczyny nie widziały, musi im udowodnić, że sobie poradzi, że ich troska jest zupełnie zbędna.
– Może jeszcze jakoś wszystko się ułoży – odzywa się niepewnie Marta, tonem, jakby nie wierzyła w to, co mówi. Dominika też nie wierzy, nie chce, żeby było „jakoś”. „Jakoś” było zgodą na to, z czym nie chciała się zgodzić, a do czego nieuchronnie zmierzało jej małżeństwo. Tylko że zrozumiała to zbyt późno.
Dominika siedzi nieruchomo jak posąg, nie drga żaden mięsień w jej twarzy, nawet ten, który tak często poprzedzał wybuch płaczu, więc Bogna nie wie, czy w ogóle coś do niej dociera. Patrzy zaniepokojona, Dominika wyczytuje w jej oczach ten niepokój, może powinna go rozproszyć, choćby cieniem uśmiechu, mrugnięciem powiek, ale kompletnie nie potrafi, nie da rady. Nawet wzruszeniem ramion nie daje znaku, że cokolwiek słyszy. Bogna szuka wzrokiem pomocy u Marty, jednak ta, w zamyśleniu, wpatruje się w okno.
– Pewności nie masz, wyluzuj, kobieto – mówi Bogna, ale Dominika nie potrafi się wyluzować, uspokoić. – W kuchni masz świeże bułeczki prosto z piekarni, kupowałam mamie, więc stwierdziłam, że wezmę i tobie, bo na pewno nie pomyślałaś o zakupach. Oczywiście, jak będziesz w stanie przełykać coś poza kawą. W końcu musisz zebrać siły, o ile Marek jednak okaże się gnojem. Chociaż obstawiam, że jutro będziesz się śmiała ze swoich podejrzeń.
Śmiała? Przecież nie mogła się aż tak pomylić. Zaciska jeszcze mocniej powieki, żeby nie widzieć wesołych cętek słońca na posadzce. Kocha słońce, które jednak dziś wyjątkowo ją drażni, zupełnie nie pasuje do jej stanu ducha. Cała pora roku nie pasuje, wiosna zawsze kojarzyła się jej z miłością.
Sygnał telefonu wwierca się w ciszę, Dominika krzywi się nieznacznie, ale to komórka Bogny, nie jej, do niej nikt nie dzwoni, nawet Marek woli pisać esemesy. Tym razem to nie Marek, szkoda. Obserwuje Bognę, która już się nie uśmiecha, poważnieje na chwilę, Dominika ma nadzieję, że teraz sobie pójdą, chce zostać sama. Sama ze swoimi myślami, wspomnieniami, które trochę bolą, a trochę pomagają, bo przecież nie wszystkie są złe, spróbuje wyłuskać te dobre. Bogna krzywi się nieznacznie, słucha w milczeniu, nawet odchodzi na bok, choć i tak nic nie słychać. Dominika kątem oka rejestruje, że przyjaciółka wzdycha głęboko, ale po chwili wraca do nich, nawet próbuje się uśmiechnąć, jakby nigdy nic, może to nic ważnego.
– Dobra, jak będziesz miała ochotę nas widzieć, to dzwoń. Idziemy – decyduje Bogna, wrzucając telefon do torby. – Teraz muszę lecieć do mamy, ale dzisiaj mam wolne, więc mogę z tobą posiedzieć, mogę zrobić ci zakupy, spakować mu walizki, co chcesz. Chociaż mimo wszystko sugeruję powściągliwość, dopóki wszystko się nie wyjaśni.
Słowa Bogny docierają do niej jak przez szczelnie zamknięte drzwi. A nawet z opóźnieniem. Trzaśnięcie drzwiami obwieszcza jeszcze gorszą ciszę, Dominika wsłuchuje się w nią, w kroki na schodach, tak jak wiele razy wcześniej wsłuchiwała się w ciszę przed powrotem Marka z pracy. Czekała na jego kroki setki, tysiące razy, potrafiła je rozpoznać wśród tylu innych, nauczyła się je rozpoznawać, czekała na nie z biciem serca, obojętnie o której godzinie. Potrafiła rozpoznać, czy jest zadowolony, czy zmęczony, czy poirytowany. Czasem czekała w kuchni, czasem przy komputerze, czasem po prostu otwierała drzwi.
– Skąd wiedziałaś, że to ja? – pytał, gdy miał dobry humor. Gdy był zły, a ona tego nie wyczuła, wolała zejść mu z oczu, żeby nie rozzłościć go bardziej.
Zawsze wiedziała, nigdy się nie pomyliła, tylko nie zawsze otwierała pierwsza, jakby w obawie przed złym humorem, przed zatrzaśnięciem drzwi pokoju, co było jeszcze gorsze niż plecy w sypialni. Wolała czekać na zgrzytnięcie klucza w zamku. Zazwyczaj po tym zgrzytnięciu odgadywała bez trudu nastrój Marka. Czasami siadali razem do stołu i jedli obiad, który przygotowała, rozmawiali o nieważnych rzeczach, o pogodzie, o tym, co, kto i gdzie, pytali, jak tam w szkole, a Emilka odpowiadała niezmiennie, że dobrze. Widelce i noże cichutko skrobały w talerze, wystukując tylko jej znaną melodię, którą nazywała melodią domowego ogniska. Nie lubił jedynie, gdy wypytywała go o sprawy zawodowe, jakby nie wierzył, że jest w stanie cokolwiek zrozumieć z tego, co mówi i robi. Mówił zawsze tylko tyle, ile chciał powiedzieć, ile chciał odsłonić. Czasem zagadnął ją o jej sprawy, ale wciąż miała wrażenie, że i tak jej nie słucha, że tak naprawdę jej sprawy go nie obchodzą. Bo cóż może być interesującego w klikaniu w komputer, zwłaszcza jeśli to, o czym pisze, dotyczy zupełnie innych ludzi. Nigdy nie przeczytał jej tekstów, śmiał się, że babskie tematy go nie interesują, a ona udawała, że też się śmieje, jak z najlepszego żartu. Lubiła się z nim śmiać, może dlatego, że było to swego rodzaju święto, lubiła, jak mrużył przy tym pochmurne zazwyczaj oczy, jak na nią patrzył, chciała, żeby był zadowolony, chciała zasłużyć na jego pochwałę. Znała na pamięć te oczy, w których rzadko migotało słońce, częściej padał deszcz, widziała pierwsze zmarszczki w kącikach ust, chociaż dbał o siebie bardziej niż inni, których znała albo o których słyszała. Dominika nie wie, ile minęło czasu od wyjścia przyjaciółek, powinna usiąść do komputera, do dwunastej musi wysłać teksty, taką ma umowę z redakcją.
– Rzuciłabyś to w diabły, tak ci zależy na tych paru groszach? – podśmiewał się z niej Marek, nie rozumiejąc, że robi to nie dla tych „paru groszy”, tylko dla siebie, chciała pracować, a pisanie było namiastką pracy, oddechem od codzienności, która ją przytłaczała i której za żadną cenę nie chciała się podporządkować. Śmiał się z niej, ale nie zabraniał, choć był przeciwny, zgadzał się na te fanaberie, jak je niekiedy nazywał, może dlatego, że zawsze starała się, by wszystko było jak trzeba i na czas, by nie miał się do czego przyczepić. Nie od razu ustąpił, ale dopięła swego, chciała mieć okno na świat, tak traktowała pracę i – proszę – ma swoje okno, tylko świat zobaczyła nie taki, jaki miał być. Z niechęcią patrzy na laptopa, który powinien być otwarty i szumieć delikatnie, ten szum ją zawsze uspokajał i wyciszał, kładła dłonie na klawiaturze i pisała, zapominając o swoich problemach, które wtedy nie były jeszcze wielkimi problemami, przynajmniej tak się jej wydawało. A może powinna jeszcze raz sprawdzić, to przecież niemożliwe, pomyłki się zdarzają, mama Marty też dostała przez pomyłkę czyjś wynik mammografii i niepotrzebnie się martwiła, dopóki się wszystko nie wyjaśniło.
Dzwonek do drzwi jeszcze bardziej wytrąca ją z równowagi, postanawia nie otwierać, nie ma jej dla nikogo.**

***





I jak? Skusicie się? ;)





**Post zawiera materiał promocyjny od Wydawnictwa Replika.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia