Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

niedziela, 8 października 2017

„Róża” Agnieszki Opolskiej – kulisy powstawania powieści.


Kiedy przypominam sobie, jak pisałam Różę, pojawiają się w mojej głowie takie obrazki: zrywam się bardzo wcześnie rano (a raczej zwlekam się) i piszę dzienną dawkę tekstu. Ryczę nad klawiaturą, wczuwając się w Różę i jej skomplikowane życie.


Róża to moja druga powieść. Po Annie May, która powstawała w bólach przez ponad dwa lata, Róża to był prawdziwy ekspress – sześć miesięcy, ale okupionych wielkimi emocjami. Tylko ktoś, kto pisze powieści, wie, jak bardzo można utknąć w świecie swoich bohaterów i jak bardzo ich dylematy mogą przeniknąć do życia autora. Róża mocno odcisnęła piętno na mojej codzienności. Razem z nią szukałam sensu, który wciąż nam umykał, razem z nią zaprzeczałam miłości, a gdy się pojawiła, po prostu jej uległam. Róża była dla mnie zranionym ptakiem, który błaga o miłość, nie dopuszczając nikogo do siebie.

Budując postacie w powieści, szukałam w swoim otoczeniu prototypów, które mogłyby pasować. Interesował mnie wygląd i ogólny rys charakterologiczny postaci, resztę dopowiadałam sobie sama. Pisząc, starałam się zrozumieć postać, wyczuć jej poczucie humoru, znaleźć jej indywidualny język. Nie było łatwym zadaniem raz mówić jak bezdomny, później zaś prowadzić psychoterapię. Często łapałam się na tym, że mój codzienny sposób wypowiadania się przejmował kontrolę nad bohaterami, do których język Agnieszki Opolskiej zupełnie nie pasował. Dobrze mieć wtedy obok czujne oko redaktora, które wychwyci takie niespójności.

Ważne też jest imię. Czasem jego zmiana zmienia również, bądź odblokowuje, bohatera.

Fabuła książki powstała dość przypadkiem. W trakcie pisania Róży napisałam kilka rozdziałów innej powieści. Pytanie nasunęło się samo: a co by było, gdyby połączyć te książki w jedną? Pojawiły się zupełnie nowe możliwości, poszerzyły się perspektywy, ale pojawił się także ogrom zmiennych do opanowania. Im więcej bohaterów i pomniejszych historii, tym więcej wątków do wyprowadzenia. Jak w każdej mojej książce, nastąpił taki moment, że należało wszystko posklejać w całość, a ja nie miałam pomysłu jak to zrobić. Rozwiązanie przyszyło spontanicznie, choć przydała się moja wiedza z zakresu psychologii. Kiedyś uczestniczyłam w terapii hellingerowskiej, polegającej na odkrywaniu tajemnic rodzinnych, które powodują uwikłanie innych członków rodziny. Zaczęłam przypominać sobie szczegóły tej terapii, oglądać na YouTube terapie prowadzone przez Hellingera i czytać. Kiedy byłam gotowa, wplotłam terapię Hellingera w opowieść. Nagle wszystkie wątki się połączyły. Lubię to uczucie. Wydaje mi się wtedy, że pisanie jest poza mną, jakby książka była już napisana, a ja tylko odkrywam, jak to miało być.

W tworzeniu świata fikcji literackiej zawsze szukam punktu wyjścia, czegoś, co jest mi dobrze znane. Tak samo było z Różą. Głównym miejscem akcji uczyniłam Lille – miasto, w którym mieszkałam przez rok jako wolontariuszka w domu dla bezdomnych, gdzie uczęszczałam na zajęcia plastyczne do szkoły na Wazemmes. Dzięki temu moi bohaterowie mogli chodzić ulicami, którymi sama wędrowałam, mieszkać w domach, które potrafiłam sobie przypomnieć, uczestniczyć w wydarzeniach, które naprawdę w Lille się odbywały, na przykład odwiedzać otwarte pracownie artystów w ich domach, co jest realnie możliwe każdego roku.

Oczywiście w trakcie pisania nie obyło się bez podróży sentymentalnej do Lille. To lubię najbardziej w tej pracy – eksplorację!

Największym problemem, z jakim musiałam się uporać, było zakończenie. Czy zamknąć książę dramatycznie, czy może happy endem? Miałam wątpliwości, a wpływ innych ludzi sprawił, że było mi ciężko dotrzeć do tego, czego ja chcę. Dziś jestem przekonana, że pisarz powinien podejmować decyzje sam, że jeśli potrzebuje ludzi, żeby mówili mu, co ma pisać, powinien przestać to robić.





Tekst:
Agnieszka Opolska
Strona internetowa:
Fanpage:
Recenzja:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia